Recenzje

Książka “Przebłysk” Robert Rient

Robert Rient "Przebłysk" Książka Recenzja 

Kto z Was nie miał choć raz pomysłu na wyruszenie w podróż dookoła świata? Wydaje się, że częstym powodem takich decyzji jest chęć ucieczki przed problemami, znalezienia ich rozwiązania lub po prostu odcięcia się od nich raz na zawsze. Nie sądzę, aby taka przyczyna  wyjazdów była najlepsza. Zupełnie zaskakujący powód dla takiej wyprawy wyjawia w swojej najnowszej książce Robert Rient. Po sukcesie “Świadka” czy “Duchów Jeremiego” (za który został nominowany do prestiżowej nagrody Nike), literacka poprzeczka została przez niego samego ustawiona bardzo wysoko. Jednak “Przebłysk” jest książką zupełnie inną. Po raz kolejny tytuł możemy odczytywać nie tylko dosłownie, ale również metaforycznie. I to na wiele sposobów.  Autora  poznamy po spostrzegawczym oku, dającym swój wyraz w opisach odwiedzonych przez niego miejsc, charakterystycznej elokwencji i  niezwykle trafnych puentach, będących efektem jego głębokich przemyśleń. To swego rodzaju pamiętnik po drodze mającej prowadzić do wolności. Czy autorowi uda się osiągnąć ten cel ?

 Podróż Przebłysk Robert Rient

 

Ale od początku. Podróż dookoła świata nie była spontaniczna. Ze względu na koszty i potrzebę jej zaplanowania, przygotowania do niej zaczęły się trzy lata przed jej rozpoczęciem. Duży wpływ na powody tego wyjazdu miały opisywane w książce, kursy medytacji Vipassana. To one dały szansę na wgląd w siebie i “dostrzeżenie rzeczy takimi jakie są”, bo to jest właśnie głównym celem wspomnianej praktyki.

Pierwszy etap wyprawy to podróż koleją transsyberyjską do Krasnojarska. I to wszystko z powodu jednej osoby i jednego uczucia. Ktoś pomyśli, że będzie to romantyczna opowieść o pięknej miłości. A jednak nie. Chodzi o nienawiść. Do kogo? Ta historia Was zaskoczy. To dopiero początek długiej trasy. Wydaje się jednak, że jest tuż obok innego wydarzenia, krokiem milowym w podróży w głąb siebie. Dotarcie do Krasnojarska zajmuje dużo czasu. Jest to okazja do poznania współtowarzyszy podróży pociągiem. A nie są to, jak się okazuje, wymarzeni kompani. Zamykany, 4 osobowy przedział, imitacja odrobiny luksusu, wcale nie gwarantuje intymności i spokoju. Niewielka przestrzeń i naturalna potrzeba integracji innych pasażerów, wystawia na próbę cierpliwość Roberta. Ta część opowieść nierozłącznie wiąże się między innymi z przejmującym chłodem, w przeciwieństwie do kolejnych etapów wyprawy. Zupełnie inny klimat panuje w Tajlandii, Malezji czy Nowej Zelandii. To właśnie one, pełne bujnej zieleni, powalających krajobrazów, dają możliwość połączenia okazji do odpoczynku z  intensywnym zwiedzaniem. Po drodze nie uda się jednak ustrzec przed problemami zdrowotnymi. W pewnym sensie, sa one jednym z powodów tej podróży. Czytając te fragmenty książki otrzymujemy okazję do zbliżenia się niemalże intymnie nie tylko z samą przyrodą, ale i autorem. Przy wielu okazjach szczerze, bez krygowania się, dzieli się z nami prywatnymi refleksami na temat życia, śmierci, radości i smutków, które towarzyszyły mu w tej wędrówce.

 

 

Kiedy dociera do Peru, czytelnik ma wrażenie, jakby Robert jeszcze bardziej wyczekiwał zbliżającego się wielkimi krokami wydarzenia. Ale zanim do niego dojdzie, wykorzystuje czas na poznawanie nowych miejsc i ludzi. Ostatecznie dociera do amazońskiego lasu deszczowego, aby wspólnie z kilkoma innymi osobami, jak sam mówi: “coś znaleźć, ale raczej- coś zgubić”. Aż do tego momentu wciąż szuka odpowiedzi na pytanie o to kim jest “bez tych wszystkich idei, zasad i wartości, które otrzymał w spadku”. Ma mu w tym pomóc ceremonia ayahuaski.  Ayahuasca przygotowywana przez szamanów działa silnie halucynogennie. Napój przygotowywany z “liany dusz”, jak zwykło się tłumaczyć oryginalne słowo huaska, zażywany jest przez szamanów aby wprowadzić się w trans, mający umożliwić im halucynacje czy wręcz jasnowidzenie. Podczas seansu ayahuaskę pije zarówno “zwykły” uczestnik, jak i szaman. Obaj doświadczają wizji. Seanse odbywają się z reguły w nocy i trwają zazwyczaj kilka godzin. Towarzyszą im zwykle starodawne pieśni, okadzanie, muzyka czy rytualne tańce.

 

 

Czy ostatecznie ceremonia pozwoli Robertowi Rientowi zobaczyć więcej, zrozumieć, coś “znaleźć lub zgubić” . Koniecznie sprawdźcie odpowiedź na to pytanie w tej niezwykle wciągającej książce. Nie jest to wyłącznie klasyczny reportaż podróżniczy. Jestem pewien, że podobnie jak mi, bardzo spodoba Wam się nowe “literackie dziecko” Roberta i wciągnie Was bez reszty, skłaniając ku wartościowym refleksjom. A może, jak w przypadku autora, nawet większym zmianom życiowym. Tego Wam serdecznie życzę 🙂

Korzystając z okazji, zapraszam Was na ciekawą rozmowę, która miałem ogromna przyjemność przeprowadzić wspólnie z Robertem Rientem w ramach jednego z odcinków podcastu Życie w podróży. Odcinka tego możecie posłuchać TUTAJ.

Dziękuję Wydawnictwu Wielka Litera za przekazanie książki do recenzji.