Polska

Bieszczady zimą

 

Szalenie zakochany w Tatrach, postanowiłem zrealizować górski "skok w bok". Mój związek z Karpatami zachodnimi jest na tyle silny, że nie zaszkodzi mu raz na jakiś czas, kiedy zmienię trochę otoczenie.

I tak oto pojawiłem się dopiero drugi raz w swoim życiu w Bieszczadach. Pierwszy raz, zauroczony Otrytem i znajdującą się tam Chatą Socjologa, zdecydowałem się poznać pozostałych reprezentantów tego pięknego regionu. Zapytałem więc swoich znajomych na Facebook'u, jaką trasę proponują dla kogoś, kto nie zna dobrze tych gór.
Na szczęście dostałem bardzo dużo praktycznych wskazówek, dotyczących nie tylko szlaków, ale i przygotowania pod względem sprzętowym na zimę w górach.
Poniżej znajdziecie mapkę pokazującą miejsca, w których miałem okazję trochę się poszwendać i opis tych miejsc. Jak zawsze, zacznę jednak od terminów podróży i kosztów:
 
Termin: 15-20.02.2018r
 
Koszty:
 
  • Bus Lublin- Sanok-Cisna 62 zł (Galicja Express + Bak Bus)
  • Bus Ustrzyki Górne- Sanok- Lublin 57 zł (Bak Bus + Galicja Express)
  • Nocleg w bacówce Pod Honem 35 zł
  • Nocleg bacówka w Jaworcu 35 zł
  • Nocleg w schronisku młodzieżowym w Wetlinie 25 zl
  • Nocleg w Schronisku Pod Małą Rawką 2x 30 zł= 60 zł (za 2 noce)
 
Suma kosztów (bez wyżywienia): ok. 275 zł (z wyżywieniem ok. 500 zł)
 
 

Do Cisnej dotarłem ok. 15:30 i od razu odkryłem, że o tej porze roku nie znajdę tutaj, ani na szlaku zbyt wielu turystów. Nie ukrywam, że bardzo mi to odpowiadało. Góry traktuję jak świetną okazję do spokojnych przemyśleń i odpoczynku od codziennej pracy z Klientami. Okazja do przebywania sam na sam ze sobą jest dla mnie jak naładowanie baterii. Może macie podobne odczucia ?

 

 

Bacówka Pod Honem, do której prowadzi dosłownie pół godziny łatwej do przejścia trasy, jest idealnym początkiem na aklimatyzację w górach. Z czasem dociera tu dosłownie kilka osób na nocleg, a dziewczyna pracująca w schronisku potwierdza, że jak na okres zimy to i tak całkiem sporo gości.

 Bacowka Pod Honem Cisna

 

Pod Honem, oprócz fajnego widoku na góry (szczególnie od strony jadalni), możecie liczyć na świetną kuchnię. Co ważne, w trakcie całego mojego pobytu w Bieszczadach, wszystkie schroniska spisały się pod względem gastronomicznym na medal. Jestem pewien, że to nie tylko zasługa większego głodu po dłuższej, wymagającej wędrówce. Nie ukrywam, że sporym zaskoczeniem w tej bacówce była jedna z pozycji w menu: sałatka z awokado i tuńczykiem. Tego w schronisku górskim nigdy bym się nie spodziewał. Wybieram jednak bardziej przyziemne jedzenie, choć podkreślam- bardzo smaczne. Tego dnia poznaję kilka ciekawych osób, z którymi do późna siedzimy, rozmawiając między innymi o naszych planach na kolejne dni.

 

 

Następnego dnia postanowiłem zmienić swoje pierwotne plany. Idę więc pieszo do położonej o ok. 3 km drogi od Cisnej, Dołżycy. Po drodze zachodzę do jednostki GOPR, w której pytam o aktualne warunki pogodowe. To właśnie informacje, które tu uzyskałem, powodują, że zmieniam plany. W Dołżycy odbijam kilkaset metrów za Karczmą Skup Runa Leśnego w drogę prowadzącą doliną do Kalnicy. To dobry wybór, bo czarny szlak, prowadzący górną granią jest nieprzetarty. Po drodze mijam wypalarnie węgla, zwane Retortami. Miejsce doskonale znane każdemu, kto jest fanem serialu HBO Wataha. Zresztą, wyjazd w Bieszczady był w moim przypadku inspirowany fantastycznymi krajobrazami, które miałem okazję podziwiać w serialu.

 

Retorty

 

Trasa jest bardzo przyjemna i łatwa do pokonania. W Kalnicy odbijam w stronę schroniska Jaworzec.
Prawie do końca dnia jestem sam w schronisku. Przybywający po zmroku turyści, opowiadają o bardzo niekorzystnych warunkach w okolicach Chatki Puchatka, skąd próbowali przejść czarnym szlakiem właśnie tutaj. Musieli się wycofać i zmienić trasę ze względu na bardzo silny wiatr, mgłę i opady śniegu. Jak twierdzą, nie pamiętają, żeby kiedykolwiek taka sytuacja zastała ich w górach. W Jaworcu nie ma prądu, a mówiąc dokładniej, nie ma go poza krótkim okresem pracy generatora. Stojąca obok turbina wiatrowa podobno nigdy nie działała ze względu na prawie bezwietrzną okolicę. Widać, że bacówka zmieniła jakiś czas temu właściciela i obecny bardzo się stara przeprowadzić maksymalnie dużo modernizacji, żeby poprawić standard gościom. Na szczęście robi to z głową, nie zaburzając bardzo pozytywnego klimatu tego miejsca. Osobiście cieszę się, że wieczorem można tu wymienić doświadczenia ze szlaku z innymi (przy świecach !). Ciepła woda, podobnie jak w większości tego typu miejsc, jest dostępna po godzinie 18 lub 19 do wyczerpania zapasów. Bardzo podobała mi się tez miejscówka w pokoju- Jaskółka. To jednoosobowa kwatera znajdująca się bezpośrednio nad wejściem do tego drewnianego budynku. Wygodny, szeroki materac, choć dość zimno w nocy i to mimo znajdującego się w pokoju kaloryfera. Lepiej poprosić o dodatkowe koce albo zadbać o bardzo ciepły śpiwór. Jedzenie bardzo smaczne.

 Schronisko Jaworzec

 

Kolejny dzień przynosi rewelacyjną pogodę. Nie sposób przy takich sprzyjających warunkach przesiedzieć zbyt długo w schronisku. Zakładam więc rakiety i kieruję się w stronę Chatki Puchatka. Brzmi jak łatwa i przyjemna wędrówka do przyjaciół ze Stumilowego Lasu, ale tak nie jest. Szczególnie, kiedy w niektórych miejscach śniegu napadało prawie po pas.

 

 

I choć nie przez całą trasę mam na nogach rakiety śnieżne, sporą część ciężko byłoby przejść bez ich pomocy. To mój pierwszy raz, kiedy używam takiego sprzętu. Mimo swojej wagi ok. 1,5-2 kg dodatkowego ciężaru noszonego też na plecach, uważam, że w zimie warto rozważyć ich wypożyczenie lub zakup. Tym, czego nie zabrałem ze sobą z Lublina były kije trekkingowe. Nie popełniajcie tego błędu i jeśli chcecie odciążyć swoje nogi i plecy, pomyślcie o zabraniu ich ze sobą (koniecznie z nakładkami zimowymi). Ja z pewnością zrobię tak następnym razem.

Aplikacje, z których korzystałem na szlaku (Maps.me, Mapa-turystyczna i Google Maps) były wielką pomocą w samym trzymaniu się zaplanowanej trasy (szczególnie polecam moje najnowsze odkrycie - Mapa Turystyczna, najlepiej w wersji płatnej działającej również w trybie offline- w górach nie zawsze jest dobry zasięg). Trzeba jednak pamiętać, że panujące warunki pogodowe potrafią bardzo zmienić realny czas przejścia nawet dwukrotnie w porównaniu do planowanego. I z tego między innymi powodu decyduję się na kolejne zmiany w trakcie wędrówki. Odbijam zatem na przełęczy Orłowicza na Wetlinę, mając świadomość braku zarezerwowanego noclegu.
 
 
 
Droga przez las do Wetliny
 
 
Na pół godziny przed Wetliną, kiedy mam już zasięg, dzwonię do różnych miejsc noclegowych. Okazuje się , że dostępne jest już tylko Szkolne Schronisko Młodzieżowe. Nie przepadam za takimi miejscami, bo przypominają mi tylko czasy szkoły, ale za to są bardzo tanie i nieźle zlokalizowane. Można też liczyć na ciepłą wodą praktycznie przez cały czas. Sama miejscowość sprawia wrażenie, jakby przysnęła snem zimowym.
 
 
 
 
 
Sama Wetlina bardzo mnie zaskoczyła. Byłem pewien, że jest to rodzaj małego Zakopanego. Okazało się jednak, że to bardzo mała miejscowość. Z powodu okresu zimowego, w zasadzie wszystko poza dwoma sklepami (w tym jeden słynny bardziej znany jako "Dom Kultury", występujący w świetnej produkcji HBO Magiczne Bieszczady- obejrzyjcie koniecznie) i restauracji "Gościniec w Starym Siole" jest pozamykane. W Starym Siole zjadłem znakomitą kolację. W weekend może być tu ciężko o wolny stolik, ale warto, bo jest przepysznie. W sezonie letnim będzie za to otwarta Chata Wędrowca serwująca m.in. podobno najlepszy naleśnik gigant z jagodami w całym kraju.
 

Kolejny dzień zaczynam podobnie jak poprzednie ok. 9 rano, po śniadaniu, tym razem idąc nieco na łatwiznę. Zamiast przejść zielonym szlakiem z Wetliny do schroniska pod Małą Rawką, łapię stopa jadącego w stronę Ustrzyk Górnych. Okazuje się, że ruch jest bardzo słaby, głównie ze względu na panujące warunki na drodze. Pętla Bieszczadzka, mimo odśnieżania pługiem jest mocno zasypana. Przekonuję się o tym, jadąc z moim kierowcą- muzykiem, artystą i z pewnością człowiekiem mega temperamentnym-Zakapiorem z Bieszczad. Trochę się obawiam, wsiadając do jego samochodu i widząc dwie siekiery na siedzeniu pasażera. Andrij Kirim opowiada po drodze historię swojej rodziny pochodzącej z Kirgizji. Słucham go w skupieniu, chociaż każda serpentyna i dwa samochody po drodze mające ewidentne problemy z e słabo odśnieżona drogą trochę podnoszą ciśnienie. Udało się jednak dojechać do parkingu przy Przełęczy Wyżniańskiej, skąd już zaledwie pół godziny do schroniska pod Małą Rawką.

 Schronisko Pod Małą Rawką

 

Mimo małego zainteresowania noclegami w kwaterach prywatywnych, Mała Rawka cieszy się niesłabnącą popularnością. Przekonuję się o tym, bo pierwszą noc muszę spędzić na tzw. glebie, czyli po prostu na podłodze, na korytarzu. Przy okazji, nastawcie się na to, że w okresie zimowym popularne są tu noclegi grup pieszych lub skitour'owych. Dobrze jest więc wcześniej zarezerwować sobie nocleg. Przy okazji bardzo się cieszę, że zabrałem ze sobą jak zawsze dobre zatyczki do uszu i opaskę na oczy. Uwierzcie mi, inaczej by to wyglądało bez nich, kiedy przewala się nad wami w nocy grupa mocno podpitych, głośnych lokatorów, za nic mających to, że próbujesz spać 🙂

Śmiem twierdzić, że jedzenie, które jest tu serwowane, należy do jednego z najlepszych, jakie jadłem kiedykolwiek w górach. Polecam naleśnika z jagodami. Nie mam co prawda porównania do tego w Chacie Wędrowca, ale tutejszy jest po prostu niebem w gębie. Polecam również piwo rzemieślnicze z Wrocławia-Profesja. Bajka! W schronisku, oprócz obsługi, mieszka bardzo urodziwy pies i piękne koty. W jadalni możemy odpocząć po obiedzie przy książce, korzystając z wygód bujanego fotela.

 Schronisko pod Małą Rawką

 

Po obiedzie i błogim lenistwie wychodzę jeszcze na szlak prowadzący na sam szczyt Małej Rawki. Nazwa może wprowadzić w błąd, bo prowadzi ostro pod górę. Polecam raczki, z resztą przydadzą się nie tylko na tej trasie. Na drzewach mnóstwo śniegu, a na szczycie bardzo wieje.

 

Szlak przez las na Małą Rawkę

 

Następnego dnia, po średnio przespanej na korytarzu nocy mam już lepsze nastawienie, mając pewność kolejnego noclegu w pokoju. Na dodatek pogoda jest fantastyczna. Wybieram się więc do Chatki Puchatka. Najpierw zasypaną asfaltową drogą do parkingu w Brzegach Górnych, a potem już szlakiem czerwonym na szczyt.

 

 

Aparat jest w ciągłym użytku przez całą drogę, ponieważ połączenie słonecznego, praktycznie bezchmurnego dnia z przepięknie ośnieżoną trasą i drzewami jest kompletem idealnym.

 Zimowe połoniny

 

Na samej górze całkiem kilkanaście osób, również małymi dziećmi. Niektórzy odpoczywają przy ciepłej herbacie lub kawie (warto mieć przy sobie zawsze ciepły napój w termosie). W samym schronisku, który jest bardziej bazą GORP-u niż przyjemnym, ciepłym miejscem noclegowym znanym z innych tego typu miejsc, możemy zamówić tylko coś ciepłego do picia. Dobrze jest więc zabrać ze sobą na taką trasę przynajmniej coś do jedzenia. Nie jest to może całodzienna wędrówka, ale pamiętajmy, że to zima.

 Chatka Puchatka

 

 

Na szczycie znajduje się chyba najbardziej rozpoznawalna toaleta w całej Polsce, zwana nie bez powodu Lodowym Tronem. Nie odważyłbym się chyba jednak z niej skorzystać. To dla prawdziwych hardcore'ów.

 

Lodowy tron- toaleta dla odważnych

 

Wracam do mojego ciepłego, przyjemnego schroniska przed zmrokiem. Wszystkie te trasy, które pokonywałem, w trakcie tego wyjazdu potraktowałem jako takie, które chciałbym pokonać bez wielkiego pośpiechu. To miejsce i czas na delektowanie się widokami, czas na przemyślenia i refleksje, a nie górskie maratony. Przynajmniej dla mnie taki miały właśnie cel.

Wieczorem w schronisku jeszcze przepyszny żurek a na koniec dnia... znowu ten genialny naleśnik z jagodami. Nie mogłem się powstrzymać.

Ostatniego dnia, wstaję o 6 rano i wita mnie wspaniały wschód słońca. Piękne, idealne zwieńczenie tej górskiej przygody.

 Wschód słońca pod Małą Rawką

 

Jeszcze tylko 2 godziny spacerkiem z górki do Ustrzyk Dolnych. Po drodze mijam oddział straży granicznej, również dobrze znany fanom Watahy. Potem jeszcze pyszne śniadanie w Caryńskiej i autobus powrotny przez Sanoka do Lublina. 

 Straż Graniczna w Ustrzykach Górnych

 
P.S. Mając trochę czasu w Sanoku na przesiadkę, warto skorzystać z bardzo smacznego jedzenia w miejscu jak z czasów PRL, restauracji o wymownej nazwie Smak, w samym centrum miasta. Tutejszy placek po węgiersku, najlepiej z surówkami i kompotem jest genialny. Boże, jakie to było dobre. Polecam serdecznie.

 

Czy ten artykuł był dla Ciebie wartościowy? Będę wdzięczny za komentarze poniżej. Jeśli potrzebujesz dodatkowych informacji albo masz propozycje/sugestie dotyczące tej relacji, chętnie je poznam. Dzięki Tobie wartość kolejnych artykułów może być jeszcze lepsza.

Zapraszam Cię również do zapisania się do Newslettera. Gwarantuję tylko wartościowe treści, żadnego spamu.